Hasło zostanie wysłane na twojego e-maila.

Malutki zagajnik schowany na ulicy Jakubowskiej. Schowany dosłownie – bez krzykliwych szyldów i tabliczek. Miejsce sekretne, do którego trzeba wiedzieć, że chce się trafić.

Otwarte w czerwcu 2018, kusiło mnie odkąd tylko przyjechaliśmy do Warszawy. W końcu wybrałam się tam pewnego weekendu razem z moją Mamą i Basią – na śniadanie. Każda z nas zamówiła coś innego.

Pierwsze przychodzą dania Mamy i Basi. Obie zamówiły tosty francuskie, Mama na słono (22 zł) a Basia na słodko (22 zł).

Oba dania okazały się naprawdę pyszne! Idealny, dosmaczony twarożek w tostach na słono, pyszny sos truskawkowy w tostach słodkich. Pyszne, pyszne, pyszne! Zachęcona po spróbowaniu dań dziewczyn, nie mogłam doczekać się swojego.

Wybrałam brzmiące bardzo ciekawie meksykańskie Huevos Rancheros (24 zł) opisane w menu jako chrupiące tortille kukurydziane z tofucznicą (dla wegetarian opcja z jajecznicą).

To co zastałam na talerzu lekko mnie zdziwiło, bo wyglądało jak jedna wielka breja, postanowiłam jednak się nie zrażać i spróbować. Chrupiące tortille już dawno rozmiękły, prawdopodobnie od ilości sosu. Fasola? Bez smaku! Tofucznica? Bez smaku! A do tego awokado, które jak wiadomo pełne smaku nie jest. Danie zupełnie nietrafione.

Do tego zamawiam kawę, a moja Mama herbatę. I… kolejne rozczarowanie. Zarówno kawa jak i herbata mogłyby być definicją przerostu formy nad treścią. Moja kawa była po prostu niesmaczna, a dodatkowo, chociaż ja naprawdę nigdy nie narzekam na cenę w restauracji, to za 13 zł spodziewałam się po prostu większej kawy, niż ta, którą mi zaserwowano w „naparstku”.

Na tym zakończyła się nasza pierwsza wizyta. Uczucia miałam bardzo mieszane – tosty były przepyszne, jednak moje meksykańskie danie i kawa wręcz przeciwnie. Dlatego w następny weekend wyciągnęłam do Edenu Łukiego i Baśkę. Wpadliśmy na kolację po moich pierwszych warsztatach kulinarnych (widzieliście tę wizytę we vlogu z tego dnia).

Podejście drugie

Usiedliśmy blisko szklarni, tak bardzo reklamowanej na zdjęciach lokalu. Muszę przyznać, że to jest kolejne „małe rozczarowanie”, bo w szklarni znajduje się tak naprawdę tylko jeden długi stół ze stołkami. Szklarnia jest na tyle mała, że przebywanie w niej jest po prostu klaustrofobiczne.

Łuki zamawia Laksę z Rokitnikiem (32 zł), laksą zajadał się jak byliśmy w Malezji, więc chciał pobudzić miłe wspomnienia. I o dziwo… udało się! Laksa Łukiego była po prostu przepyszna. Sos był bardzo głęboki w smaku, idealnie doprawiony… Coś wspaniałego.

Dla Baśki wzięliśmy Frytki „Bomba” (19 zł) czyli po prostu frytki belgijskie z różnymi dodatkami (poprosiłam, żeby ostry wegemajonez był podany osobno, a dodatkowo o ketchup). Frytki były naprawdę w porządku, nie jakieś mega wyjątkowe, tylko po prostu dobre.

Przyszła pora na moje danie, znowu postanowiłam zaszaleć – wybrałam DIY Tacos (30 zł) czyli talerz z dodatkami – boczniaki z grilla, fasolki, grillowany ananas, salsa i crema z nerkowców. Zgadnijcie co? Każdy jeden składnik tego dania był po prostu niejadalny. Łącznie z grillowanym ananasem, który był  zbyt dojrzały, prawie zepsuty. Boczniaki były spalone, smakowały węglem. Fasolka była zeschnięta… Wszystko smakowało jakby było stare i leżało co najmniej kilka dni w lodówce.

Niejadalne.

Wzięliśmy też lemoniady, jedną klasyczną, drugą z lawendą. Były w porządku, jednak jak przyszliśmy za trzecim razem – tak zdecydowaliśmy się na trzeci raz! – to były dużo lepsze.

Podejście trzecie – ostatnie

Całość tej historii kończy się na dniu dzisiejszym, kiedy to postanowiłam udać się do Bistro po raz trzeci – w końcu do trzech razy sztuka. 

Poszliśmy w tygodniu, żeby sprawdzić miejsce naprawdę dogłębnie. W końcu w weekend może być więcej ludzi, kuchnia się nie wyrabia… prawda? No właśnie nie do końca.

Łuki wziął Laksę, w końcu ona bardzo mu smakowała, Baśka wzięła frytki, bo też je polubiła. Ja jak zwykle postanowiłam sprawdzić dla Was kolejne danie i wybrałam opcje sezonową – młode ziemniaczki z karmelizowaną marchewką, kokosowym bekonem i wegańskim kefirem. Niestety ceny nie pamiętam, a w menu dostępnym na stronie to danie nie występuje.

Danie wyglądało fajnie, ale nic po za tym. Niestety. W tym momencie Bistro Eden już mnie naprawdę wkurzyło! Prawda jest taka, że większość dań to po prostu zmarnowane, bardzo dobrej jakości składniki. Mam wrażenie, że całe menu jest bardzo wymyślne, ale to co się znajduje na talerzu zupełnie nie oddaje tego co być może kucharz chciał uzyskać. Kokosowy bekon gdyby miał więcej dymnego aromatu i był odrobinę bardziej chrupiący na pewno lepiej by podkreślił delikatne, rozpływające się w ustach młode ziemniaki. Wegański kefir na pewno by lepiej pasował do dania, gdyby był bardziej kwaśny…

Żadnego deseru nie spróbowałam bo podczas każdej z tych wizyt byłam za bardzo zniechęcona daniem głównym. Myślę, że nie możecie zaprzeczyć, że próbowałam dać temu miejscu szansę… Jednak każda z trzech wizyt kończyła się klapą.

Powiem Wam tak – jeśli chcecie zjeść w Edenie to idźcie na śniadanie w weekend, bo tylko w sobotę i niedzielę dostępne są tosty francuskie. Ona są naprawdę świetne. Jeśli chodzi o resztę? Jeśli lubicie frytki i laksę to wpadajcie śmiało, szerokim łukiem jednak omijajcie dania meksykańskie i sezonowe.


Bistro Eden

ul. Jakubowska 16/7

Warszawa – Saska Kępa

Facebook