Hasło zostanie wysłane na twojego e-maila.

Uwielbiam blogi parentingowe.

Niektóre dlatego, że są prawdziwe – czasem rozśmieszają mnie do łez, czasem łzy pojawiają się też przez ten drugi biegun emocji. Jednak czy szczęście czy smutek te blogi pokazują to jak wygląda życie. Ściślej rzecz ujmując – jak wygląda życie gdy jesteś rodzicem. A powiedzmy sobie szczerze – to całkiem gówniany interes. Codzienność z dzieckiem pod jednym dachem to niestety nie chwile upływające na błogim relaksie pod kocykiem z książką i herbatką. Oczywiście takie chwile też się zdarzają, ale jak to mówią – jedna na milion.

Wracając do blogów parentingowych – kocham te prawdziwe, a te inne – cukierkowe? Też czytam! Każdy potrzebuje czasami popatrzeć na sielankowe życie innych. Wiadomo, że ono na pewno tak nie wygląda (a może jednak? ;) ), autorki po prostu wybierają do publikacji tylko te pozytywne chwile i skupiają się na jasnych stronach tego gównianego interesu. Myślę, że nie tylko ja lubię czytać te blogi – ich popularność mówi sama za siebie – czytają je setki tysięcy ludzi.

Autorki parentingowe gromadzą wokół siebie bardzo duże grono wiernych czytelniczek, dzięki czemu pojawia się również wierne grono sponsorów. Ten wpis nie jest pisany po to by krytykować kogoś za zarabianie na blogu – sama to robię od kilku lat. Zapłata za pracę (a blogowanie to wcale nie łatwa praca!) się należy. Zastanawia mnie tylko… a nawet jestem pewna, że jako blogerzy z wielotysięczną publicznościa mamy pewną odpowiedzialność. Odpowiadamy za to co czytają ludzie do porannej kawy, czy w trakcie przerwy w pracy, a także za to co widzą gdy odpoczywają po ciężkim dniu. Podejrzewam, że wiele osób zaczyna i kończy swój dzień przeglądając Facebooka, Instagram, YouTuba i blogi. Nasze postrzeganie Świata zależy od tego co doświadczyliśmy, zobaczyliśmy, usłyszeliśmy… Przeglądając media społecznościowe i widząc te cukierkowe blogi zaczynamy postrzegać Świat przez ich pryzmat. I co widzimy? Dzieci w pięknych stylizacjach, pastelowe ubranka, cudowne buciki, piękna sceneria, liście się sypią (serio, liście, się sypią na dziecko. Szacunek), piękne wózeczki, wspaniałe zabaweczki… 

A gdyby tak podliczyć ile kosztują ubranka, które ma na sobie dziecko blogerki parentingowej to wychodzi 500 – 1000zł. A te zabaweczki? Każda po dwie stówki. A poduszeczki, narzuteczki, dywaniki, szafeczki… Wszystko z najwyższej półki po kilkaset a nawet kilka tysięcy złotych. Wiadomo, dziecku należy się to co najlepsze! Jednak czy najlepsze jest właśnie to body, które kosztowało 200zł? A może równie dobre jest to za 30? Również z ekologicznej bawełny? Nie chcę nikomu mówić jak ma wydawać swoje pieniądze. Jednak wielu czytelników nie zdaje sobie sprawy, że blogerki tego nie kupują, one to dostają po to, żeby pokazać innym. Po to żeby skłonić ich do zakupu, zaprezentować produkt. Tylko czy my patrzymy na blogi jak na reklamę? Nie wiem jak Wy, ale ja w trakcie reklam przełączam na inny kanał. Blogerki sprawiają, że ten produkt nam się dobrze kojarzy, że chcemy go mieć bo one go mają. Chcemy, żeby nasze życie było takie piękne i kolorowe, a nie gówniane, zasmarkane, gdzie trzeba płacić rachunki, sprzątać w domu i pracować, a do tego robić to wszystko z z zachmurzonym niebem za oknem. Nie sypią nam się piękne liście na twarz, a szkoda… Może będą się sypały jak kupimy dziecku te piękne buciki za jedyne 400zł? 

Blogerzy są jak serial, tylko mają jedną dużą zaletę – istnieją na prawdę. Natura człowieka jest taka, że lubi podglądać innych, stąd te całe media społecznościowe. Blogerzy są podglądani, ale oni sami decydują jak wiele swoim czytelnikom pokażą. A często pokazują to co dostali od producenta za darmo, albo za pieniądze by pokazać to innym. I wiecie co?

Żeby być rodzicem nie trzeba mieć tych wszystkich rzeczy. Wiecie kiedy podjęliśmy decyzje o dziecku? Będąc w Gwatemali, patrząc na ludzi żyjących bez prądu, a jednak mających dzieci. Szczęśliwe, śmiejące się do rozpuku dzieci. I jak o nie dbali? Najlepiej jak potrafili! Budowali nielegalne garby na drogach przy szkole, by samochody zwalniały. Troszczyli się o nie, chociaż mało który dzieciak miał buty. Jakiekolwiek. Bycie rodzicem, bycie człowiekiem nie polega na tym co mamy. Rzeczy nie zmienią tego kim jesteśmy. 

Nie zgadzam się z powiedzeniem, że „pieniądze szczęścia nie dają”, one dają bardzo dużo między innymi spokój ducha. Jednak wiecie co? Zamiast kupić mojemu dziecku szafeczkę za kilka tysięcy, wolę kupić taką za kilka stówek, a resztę przekazać na pomoc ludziom, którzy nie mają w domu żadnej szafeczki.