Hasło zostanie wysłane na twojego e-maila.

W zamierzchłych czasach spędzania całego dnia w korporacji patrzyłam na tę sprawę zupełnie inaczej. Koleżanki, które niedawno urodziły dziecko wydawały mi się szcześciarami! Przecież teraz posiedzą sobie z dzieckiem w domu! Nie będą musiały wstawać rano i wychodzić do pracy. Od pewnego czasu jednak wiem na pewno, że nawet samo słowo „posiedzą” jest tu nie na miejscu.

Zdaję sobie sprawę, że w Polsce mamy super sytuacje. Rodzisz dziecko i możesz z nim zostać przez cały rok w domu. Niesamowite, wspaniałe i piekielnie męczące przeżycie. Ale co ja mówię  „męczące”? Macierzyństwo? Nigdy!

Tak więc miałam ambitny plan, po urodzeniu dziecka wiadomo – dieta, ćwiczenia, dbanie o cerę i koniecznie dużo pracy nad blogiem. Do tego wszystkiego reorganizacja domu, porządek w każdej szufladzie, a w wolnej chwili książka, kawka i spotkania z koleżankami.

Ten rok miał być najbardziej aktywnym rokiem mojego życia. Rokiem na który patrząc z perspektywy czasu miałam odczuwać dumę. Tyle zrobiłam! Tak się starałam! Tak go dobrze wykorzystałam!

I przyszedł ten dzień po porodzie, w którym dostałam papierek ze szpitala. TERAZ, właśnie TERAZ zaczął się ten rok na który tak czekałam. Ale zaraz, Basia jest na intensywnej terapii, nie wiemy jak długo zostaniemy w szpitalu. A za dwa dni Wigilia… Już wiem, że Święta w tym roku odpuszczam. Muszę przecież schodzić do niej na karmienie co trzy godziny, jak się później okaże jest to jedyny czas kiedy mogę ją przytulić bo musi leżeć pod lampami naświetlającymi. Więc na ciągłym niedoczasie przemieszczam się między intensywną terapią, gabinetem lekarza, a moją salą, na której staram się odpocząć i wreszcie trochę przespać bo hormony przestały dawać takiego kopa.

I wyszliśmy w końcu do domu chwilę przed Nowym Rokiem i już myślałam, że to wszystko ogarnę. Jednak po chwili był już luty i jak to, nie zrobiłam dziecku nawet sesji noworodkowej? Przecież miałam na to tyle czasu, a najpiękniej na zdjęciach wyglądają te małe, kilkudniowe dzieci. Jednak jak tu myśleć o sesji dopiero po powrocie ze szpitala. Musiałam się ogarnąć w domu, zdecydować, nauczyć, przyzwyczaić… Zrozumieć, że moje życie zmieniło się bezpowrotnie i teraz będę spędzać co najmniej godzinę dziennie obserwując moje dziecko i sprawdzając czy oddycha. Jak mogłam tego nie ująć w moim genialnym planie?

Na początku interwały – spanie, karmienie, przewijanie, zabawa, spanie… Próba drzemki kiedy śpi, ale jak tu nauczyć się zasypiania na zawołanie? Jak tu zrezygnować z książki, filmu czy rozmowy z kimś dorosłym gdy w końcu mam chwilę czasu? Tylko na minutkę a później obowiązki. O nie, obudziła się! To już minął czas na zajmowanie się czymś innym niż dzieckiem?

Posprzątanie domu, ugotowanie obiadu i niekończące się 3 godzinne serię opieki nad dzieckiem. Tak wyglądał ten wyczekany urlop przez pierwsze pół roku.

Kolejne pół poszło z górki. BLW czyli wyznawany przeze mnie sposób na rozszeżenie diety dołożył swoje… Kilka razy dziennie latanie ze szmatą na kolanach to tak w ramach fitnessu. Później znajdowanie ziarenek ryżu czy zaschniętego sosu w najmniej spodziewanych miejsach. Przestało mi już przeszkadzać! Trochę brudku nikomu nie zaszkodziło.

Gdy już myślałam, że mam wszystko ogarnięte, że znajduję nawet czas na pasję czyli bloga. Wtedy zaczęło się ząbkowanie, skoki rozwojowe, raczkowanie, chodzenie… Codziennie z wywieszonym językiem starałam się przynajmniej pamiętać o codziennym prysznicu, umyciu zębów przed 12 i założeniu na siebie czegoś innego niż ulubiony dres.

I wtedy zakiełkowała w mojej głowie ta złota myśl „Przecież mogę wrócić do pracy!” – Dawać całusa rano w to pachnące bobasem czoło i wychodzić na cały dzień do Świata dorosłych. Wracać wieczorem akurat po kąpieli i przeczytać bajkę na dobranoc, układając do snu to przesłodkie dzieciątko. Pozwolić komuś innemu na przeżywanie kryzysów z poranną owsianką, odstąpić zaszczyt powtórzenia po raz 15, że żaluzje są po to żeby zasłaniać okno, a żucie dywanu nie jest najlepszym pomysłem. Oddać obcej osobie w wychowanie swoje dziecko i czekać, pracując aż dostanę gotowy produkt – odchowanego przedszkolaka.

I wtedy do mnie dotarło, że to dylemat przed którym stają wszystkie matki na Świecie.

Zrezygnować z codzienności  ze swoim dzieckiem, zrezygnować z frustracji i codziennej irytacji. Wrócić do pracy i mieć dziecko na chwilę, kilka godzin dziennie.

I choć ta wizja jest bardzo kusząca, to ja musiałam ją odrzucić.

Nie potrafię oddać komuś chwil, które spędzę ze swoim dzieckiem, nawet gdyby miały być przeplatane poczuciem porażki. Nie chcę widzieć w moim dziecku zachowań zaszczepionych przez kogoś innego, dlatego że mamy nie było w domu i zostało wychowane przez nianie. Biorę to wszystko na klatę i wychowuję, przytulam, pocieszam, uczę, zabawiam, rozśmieszam, karmię, kąpię, czytam bajki i kładę spać. A jeśli jeszcze raz usłyszę „przecież tylko siedzisz w domu” to zaproszę na prezentację, dwudziestoczterogodzinną by dokładnie zobrazować jak wygląda życie matki, która zostaje w domu z dzieckiem.